• Główni uczestnicy

    John F. Kennedy, lat 45,
    trzydziesty piąty prezydent Stanów Zjednoczonych
    Nikita S. Chruszczow, lat 68,
    I sekretarz KC KPZR i premier Związku Radzieckiego

  • W księgarniach:

  • „Zaczniemy wojnę w poniedziałek”

  • Recenzja książki na Historia.org.pl

    "Wiek XX obfitował w konflikty. Mieliśmy do czynienia z dwiema wojnami uznanymi za światowe, wieloma konfliktami na tle religijnym, rasowym, narodowym etc. Dochodziło wówczas do masakr i przypadków ludobójstwa na każdym kontynencie, jednak przed widmem totalnej anihilacji rodzaju ludzkiego świat stanął tylko raz – w trakcie trzynastu październikowych dni 1962 roku. Na temat kryzysu kubańskiego napisano wiele, jednak wciąż odkrywane są kulisy wydarzeń, które miały miejsce 50 lat temu. Wojciech Kostecki, korzystając z bogatych źródeł obu stron konfliktu, przenosi czytelnika w czasie: do Białego Domu, kiedy prezydentem był Kennedy i na Kreml za rządów Chruszczowa."

    Pełny tekst recenzji
  • Zdjęcie radzieckiej bazy rakietowej na Kubie wykonane z amerykańskiego samolotu U2

Zawsze lepiej poględzić niż iść na wojnę, czyli Obama wobec Syrii jak Kennedy wobec kryzysu kubańskiego, cd.

Winston Churchill podczas lunchu w Białym Domu 26 czerwca 1954 r.

„Zawsze lepiej poględzić niż iść na wojnę” wyrokuje Michael Dobbs – autor niedawno wydanego dzieła „Za minutę północ”, poświęconego zagrożeniu wojną jądrowej w czasie kryzysu kubańskiego – w kolejnym artykule poszukującym analogii między sytuacją na Kubie a sytuacją w Syrii. I tu, i tam – zauważa Dobbs – prezydent Stanów Zjednoczonych nakreślił „czerwoną linię”, której przekroczenie miało spowodować amerykańską reakcję. W pierwszym przypadku było to rozmieszczenie radzieckich rakiet na Kubie, w drugim – posłużenie się przez reżim Asada bronią chemiczną. Za jednym i za drugim razem do amerykańskiej reakcji zbrojnej jednak nie doszło. Dlaczego?

W obu przypadkach prezydent przeciwstawił się doradcom prącym do konfrontacji wojskowej, by zyskać czas potrzebny do negocjacji.

„Obok poparcia społecznego, czas jest najcenniejszym towarem politycznym”

– wyjaśnia Dobbs. Po pierwsze, umożliwia wyjście z pułapki, w jakie politycy sami się wpędzają wygłaszając trudne do spełnienia zapowiedzi. Po drugie, zapobiega nieporozumieniom i błędom w komunikacji, które mogą spowodować wszczęcie wojny bez głębszego namysłu nad jej konsekwencjami. Po trzecie, dowodzi, że groźba użycia siły jest często bardziej skuteczna niż samo jej użycie.

„Problem ze stosowaniem siły, jak przekonał się o tym George W. Bush w Iraku, polega na tym, że wojna jest nieprzewidywalna. Wiele rzeczy może pójść źle. Lepiej trzymać swój oręż w rezerwie tak długo jak to możliwe – i pozwolić dyplomatom wziąć się do pracy.”

To niewątpliwie jeszcze jedna lekcja, jaką można było wyciągnąć z kryzysu kubańskiego. Lekcja, jaką Barack Obama przerobił.

Obama wobec Syrii jak Kennedy wobec kryzysu kubańskiego?

Barack Obama in the Oval Office

Peggy Noonan (właściwie: Margaret Ellen Noonan) – pisująca niegdyś przemówienia Ronaldowi Reaganowi, autorka książek o polityce i kulturze Ameryki i publicystka „The Wall Street Journal” – porównała dylemat Baracka Obamy interweniować zbrojnie w Syrii czy nie, do wyboru przed jakim stanął John Kennedy w czasie kryzysu kubańskiego: zbombardować radzieckie rakiety czy poszukać dyplomatycznego rozwiązania. Jej zdaniem,

i Obama, i Kennedy zostali zmuszeni do przekazania światu ostrzeżenia przed katastrofą moralną,

jaka byłaby wynikiem użycia broni masowej zagłady – głowic nuklearnych w pierwszym przypadku, broni chemicznej w drugim.

Na tym, jak twierdzi, podobieństwa się nie kończą. Za każdym razem rozwiązanie dyplomatyczne okazało się możliwe dopiero po tym, jak Biały Dom zagroził użyciem siły. To po pierwsze. Po drugie, naprzeciw siebie stanęli nieustępliwi przeciwnicy, dysponujący ogromnymi zasobami śmiercionośnej broni – ten drugi, to oczywiście nie prezydent Syrii Baszar al-Asad, lecz prezydent Rosji Władimir Putin. Po trzecie, w obu przypadkach, to przemyślane, dyplomatyczne ustępstwa przeprowadziły nas pomyślnie przez kryzys.

Nie sposób odmówić temu rozumowaniu efektowności. Rzeczywiście, i w jednym, i w drugim przypadku eskalacja konfliktu mogła – może – wymknąć się spod kontroli i doprowadzić do wojny o nieobliczalnych skutkach.

Nie sposób jednak pominąć istotnych różnic w sytuacji: John Kennedy cieszył się poparciem w świecie i wśród swoich rodaków, Barack Obama może na nie liczyć w niewielkim stopniu. Ponadto, Nikita Chruszczow był twardogłowym komunistycznym przywódcą, z którym nastawionego reformatorsko Władimira Putina, sprawującego władzę w wyniku powszechnych wyborów (cokolwiek byśmy o nich powiedzieli) porównywać jednak trudno.

Co więcej,

odwoływanie się w 2013 roku do analogii z rokiem 1962 może też prowadzić do całkowicie odmiennych, pesymistycznych wniosków.

Charakterystyczne, że wyrażone one zostały w lokalnej gazecie przez mniej znanego polityka, za to urodzonego na Kubie (!). Otóż Xavier L. Suarez – pierwszy kubański burmistrz Miami – zauważył na łamach „Miami Herald”, że porozumienie osiągnięte, czy może ostrożniej – rysujące się w sprawie Syrii, zawiera w istocie obietnicę Ameryki niemieszania się w jej sprawy wewnętrzne, o ile Asad pozbędzie się swojej broni chemicznej, obietnice podobną do tej, którą złożył Kennedy: niepodejmowania siłowych kroków wobec Fidela Castro, o ile Kuba pozbędzie się radzieckich rakiet.

Jednak w przypadku Kuby, oznaczało to usankcjonowanie reżimu braci Castro na pół wieku – i najpewniej jeszcze dłużej. Czy podobnie będzie w przypadku dynastii Asadów w Syrii? Czy wycofanie się Ameryki z zapowiedzi „ukarania” prezydenta Asada nie doprowadzi do utrwalenia jego reżimu na długie lata? Choć z drugiej strony, gdy się patrzy na skutki obalania tyranów: Saddama Husajna w Iraku, Husniego Mubaraka w Egipcie i innych, to można zapytać, czy na pewno o to chodziło?

%d blogerów lubi to: