John F. Kennedy, lat 45,
trzydziesty piąty prezydent Stanów Zjednoczonych Nikita S. Chruszczow, lat 68,
I sekretarz KC KPZR i premier Związku Radzieckiego
"Wiek XX obfitował w konflikty. Mieliśmy do czynienia z dwiema wojnami uznanymi za światowe, wieloma konfliktami na tle religijnym, rasowym, narodowym etc. Dochodziło wówczas do masakr i przypadków ludobójstwa na każdym kontynencie, jednak przed widmem totalnej anihilacji rodzaju ludzkiego świat stanął tylko raz – w trakcie trzynastu październikowych dni 1962 roku. Na temat kryzysu kubańskiego napisano wiele, jednak wciąż odkrywane są kulisy wydarzeń, które miały miejsce 50 lat temu. Wojciech Kostecki, korzystając z bogatych źródeł obu stron konfliktu, przenosi czytelnika w czasie: do Białego Domu, kiedy prezydentem był Kennedy i na Kreml za rządów Chruszczowa."
Z bazy sił powietrznych McCoy na Florydzie w swoją szóstą już misję wystartował major Rudolf Anderson Jr – ważna postać w dywizjonie – uważany za pasjonata latania. Zgłosił się do niej na ochotnika. Pierwszy raz poleciał nad Kubę dzień po Richardzie Heyserze . Jego lot dostarczył kolejne zdjęcia budowanych baz radzieckich, w środkowej części wyspy. Tym razem zadanie było znacznie bardziej ryzykowne – poprzedniego wieczora planiści z Dowództwa Sił Strategicznych zażądali sprawdzenia jak rozmieszczone są radzieckie i kubańskie siły w pobliżu Guantanamo. Ponadto, biorąc pod uwagę ewentualność uderzenia lotniczego na Kubę – w pierwszym dniu miałyby się odbyć 3 zmasowane ataki z udziałem ponad 1000 bombowców – zażyczyli sobie przetestowania działania systemów radarowych radzieckiej obrony przeciwlotniczej na wyspie, a to można zrobić tylko w jeden sposób: wlatując w obszar ich zasięgu i prowokując do uaktywnienia się.
Wieczorne wydania gazet w Waszyngtonie ukazały się z tytułami zapowiadającymi możliwość zbombardowania lub inwazji Kuby.
W Moskwie premier Chruszczow wraz z czterema innymi członkami najwyższych władz obecny był na koncercie orkiestry kubańskiej. „Publiczność zgotowała artystom długotrwałą, serdeczną owację” – brzmiał komunikat.
W Hawanie Fidel Castro wydał swojej artylerii przeciwlotniczej rozkaz otwarcia ognia do każdego samolotu amerykańskiego, który znajdzie się w jej zasięgu. W nocy, w ambasadzie radzieckiej – wraz z jej pracownikami długo zastanawiał się nad powagą sytuacji.
Dowódcy radzieccy zdecydowali o przesunięciu części oddziałów wyposażonych w pociski manewrujące w pobliże bazy Guantanamo. Były to przerobione myśliwce MiG-15 o skośnych skrzydłach. W kadłubie każdego z nich można było zamontować głowicę atomową o sile porównywalnej z bombą, którą Amerykanie zrzucili na Hiroszimę.
W Waszyngtonie odezwał się dalekopis łączący centralę telekomunikacyjną Departamentu Stanu z ambasadą amerykańską w Moskwie. Na jego taśmie, linijka po linijce, pojawiał się tekst kolejnego listu Chruszczowa do prezydenta Kennedy’ego. Jak zwykle, tłumaczono go najpierw w ambasadzie z języka rosyjskiego, a potem szyfrowano i przesyłano do Waszyngtonu. Sekretarz stanu wraz z Georgem Ballem i Llewellynem Thompsonem z rosnącym zdumieniem wpatrywali się w każde nowe zdanie.
Tekst wyraźnie nie został „oszlifowany” przez doradców i pracowników odpowiednich komórek radzieckiego Komitetu Centralnego. Autorem listu był niewątpliwie sam Nikita Siergiejewicz Chruszczow. Eksperci Departamentu Stanu wyobrażali sobie, jak nocą – w Moskwie minęła już północ – Chruszczow w napięciu dyktuje, a może własnoręcznie pisze, pełne pasji słowa:
„Jeśli wojna rzeczywiście wybuchnie, nie będzie w naszej mocy ją zatrzymać, bo taka jest jej logika. Brałem udział w dwóch wojnach i wiem, że wojna kończy się wtedy, gdy przetoczy się przez miasta i wsie, wszędzie siejąc śmierć i zniszczenie (…)
Jesteśmy przy zdrowych zmysłach i doskonale rozumiemy, że jeśli zostaniecie zaatakowani, odpowiecie w ten sam sposób. Ale i was to spotka, jeśli rzucicie się na nas. I myślę, że wy to też rozumiecie (…).
Jesteśmy normalnymi ludźmi, właściwie rozumiemy i oceniamy sytuację. Wobec tego jak moglibyśmy się zdobyć na nieodpowiedzialne działania, które nam przypisujecie? Tylko szaleńcy lub samobójcy, którzy sami chcą spalić i zniszczyć cały świat, zanim zginą, mogliby to uczynić (…).
My chcemy czegoś innego. Nie zniszczenia waszego kraju, lecz pokojowego współzawodnictwa niezależnie od ideologicznych różnic, z wykluczeniem środków wojskowych (…).
Jeśliby prezydent i rząd Stanów Zjednoczonych zapewnili, że USA same nie wezmą udziału w napaści na Kubę i powstrzymają innych od takiego aktu, jeśliby Pan odwołał swoją flotę, to wszystko natychmiast by się zmieniło. Nie występuję w imieniu Fidela Castro, ale myślę, że on i rząd Kuby, oczywiście, ogłosi demobilizację i zaapeluje do narodu, by powrócił do pokojowej pracy. Wówczas też problem zbrojeń zniknie, gdyż jeśli nie ma zagrożenia, zbrojenia są ciężarem dla wszystkich ludzi. Wówczas też problem zniszczenia nie tylko broni, którą pan nazywa ofensywną, ale tak samo wszelkich innych jej rodzajów będzie wyglądać zupełnie inaczej”.
W Biurze Rogera Hilsmana, szefa wywiadu Departamentu Stanu, pojawił się w najwyższym stopniu podekscytowany korespondent dyplomatyczny sieci telewizyjnej ABC, John Scali. Jako dziennikarz, Scali cieszył sią najwyższym uznaniem. Było powszechnie wiadomo, że korzystał ze swobodnego dostępu do Deana Ruska. Miał też swoje kontakty wśród personelu najważniejszych ambasad, nie wyłączając przedstawicieli krajów socjalistycznych.
– Muszę natychmiast przekazać wiadomość sekretarzowi stanu – oświadczył Scali.
W odpowiedzi Hilsman poprosił o sporządzenie odpowiedniej notatki. Była gotowa w ciągu kilku minut:
„Aleksander S. Fomin, radca ambasady sowieckiej, podczas lunchu, na który zaprosił mnie w wielkim pośpiechu, zadał mi pytanie czy Departament byłby zainteresowany uregulowaniem kryzysu kubańskiego na podstawie następujących zasad: bazy zostaną zdemontowane pod kontrolą ONZ, a Castro zobowiąże się nie przyjmować żadnego rodzaju broni ofensywnej, o ile Stany Zjednoczone zobowiążą się w zamian nie dokonać inwazji na Kubę.”
W Białym Domu trwało się szóste oficjalne posiedzenie Komitetu Wykonawczego Rady Bezpieczeństwa Narodowego. Wśród członków ExCommu dominowało uczucie zniecierpliwienia.
– Jeśli tylko Rosjanie się zgodzą, to dzięki U Thantowi zaczniemy natychmiast rozmowy w Nowym Jorku – oznajmił Adlai Stevenson .
– No tak, ale to nie zmieni faktu, że pierwsze wyrzutnie są już gotowe do odpalenia – zaprotestował generał Taylor.
– To prawda – przyznał Stevenson – nie wydaje mi się możliwe, żeby w tej fazie rozmów udało się osiągnąć porozumienie w sprawie demontażu rakiet. Niemniej celem rozmów byłoby skłonienie Rosjan do wstrzymania się z dalszymi pracami na wyrzutniach na 24 godziny, może na 48 godzin. Musiałbym tylko wiedzieć, czy mogę im za to zaoferować zawieszenie naszej kwarantanny. Wówczas można by rozpocząć negocjacje nad całkowitym wycofaniem tych rakiet z naszej półkuli. Moim zdaniem, Rosjanie zażądają w zamian gwarancji integralności terytorialnej Kuby i usunięcia amerykańskich rakiet strategicznych z Turcji.
– Nie zgadzam się z panem ambasadorem – oświadczył John McCone. – Uważam, że w żaden sposób nie można wiązać naszych rakiet w Turcji z sowieckimi na Kubie. Wręcz odwrotnie, sowiecka broń na Kubie dowodzi, że musimy nadal wypełniać nasze zobowiązania do obrony wolnego świata. Nie wolno porzucić kwarantanny, dopóki choćby jedna rakieta pozostaje na wyspie! Zaskoczyliśmy Sowietów i trzeba to wykorzystać.
– Panowie! – powiedział prezydent. – W tym momencie są tylko dwa sposoby usunięcia rosyjskich rakiet z Kuby: albo dokonamy inwazji, albo przehandlujemy coś w zamian. Wątpię, żeby sama kwarantanna wystarczyła.
– Każdy powinien zrozumieć – oznajmił McCone – że inwazja to o wiele poważniejsze przedsięwzięcie, niż się przedtem wydawało. Kubańczycy mają od diabła broni. Poza tym będzie cholernie trudno po prostu wystrzelać ich w tych górach. Mieliśmy dobrą lekcję w Korei.
– Czyli tak… – zastanowił się prezydent. – Ambasador Stevenson musi określić limit czasu na osiągnięcie porozumienia w sprawie likwidacji rakiet.
– Moim zdaniem – oznajmił Douglas Dillon – odstąpienie od kwarantanny nie wystarczy, aby Sowieci zgodzili się wycofać z Kuby.
– Chciałbym zwrócić uwagę na jedną rzecz – dorzucił Paul Nitze. – To bardzo ważne, żeby w trakcie negocjacji rakiety z głowicami nuklearnymi nie wisiały nam nad głową.
– Właśnie – przytaknął Dillon – nie możemy sobie pozwolić na żadne pertraktacje pod groźbą rakiet, które już są na Kubie.
– Widzę, że plany ambasadora Stevensona raczej nie znajdują poparcia – podsumował Kennedy. – Jeśli kwarantanna nie skłoniła Rosjan do zabrania rakiet, to co zrobimy, gdy nie powiodą się negocjacje?
Niszczyciel amerykańskiej marynarki wojennej „Joseph P. Kennedy Jr”, towarzyszący od północy innemu niszczycielowi „John R. Pierce”, który podążał w odległości około 2 mil za „Maruclą”, wywiesił flagę „Oscar November”. W międzynarodowym kodzie morskim oznacza to sygnał: „Musisz się zatrzymać. Stań natychmiast”. „Marucla” – znajdująca się w tym momencie około 200 mil na północny wschód od Nassau – zastopowała. Był to frachtowiec o wyporności 7600 ton, wybudowany w stoczni amerykańskiej, należący do panamskiego armatora, choć zarejestrowany w Libanie, aktualnie wyczarterowany przez Związek Radziecki do przewozu ładunków na Kubę.
Kilkanaście minut później z okrętów amerykańskich opuszczono na wodę szalupy. Ich załogę stanowiła specjalnie wyznaczona, nieuzbrojona ekipa pod dowództwem dwóch oficerów, której zadaniem było przeszukanie statku. Z „Marucli” rzucono trap. O godzinie 7.50 amerykańska ekipa nadała meldunek: „Jesteśmy na pokładzie. Współpraca dobra. Nie spodziewamy się trudności”. Po uzyskaniu zgody kapitana „Marucli” ekipa przystąpiła do rewizji.
W Nowym Jorku trwały obrady Rady Bezpieczeństwa. Przemawiał Walerian Zorin.
– To pan, panie Stevenson, mówi, że występuje za „pokojową, cichą dyplomacją”. Gdzież jest pańska dyplomacja? Gdzie ona? Co więcej – dodał ambasador ZSRR – w rozmowie z Andriejem Gromyką prezydent Kennedy oznajmił, że żadnych działań przeciw Kubie się nie projektuje i że on ufa informacji mówiącej, iż na Kubie nie ma broni ofensywnej. To jest podwójna buchalteria: oszukujecie swój naród, cały świat.
Ale tak prowadzić polityki nie wolno. To może spowodować katastrofalne następstwa – oznajmił Zorin.
O głos poprosił ponownie ambasador Stevenson:
– Chcę panu powiedzieć, panie Zorin, że nie mam pańskiego talentu do zaciemniania, przekręcania, do bałamutnego języka i dwuznacznych sformułowań. I muszę przyznać, że jestem z tego zadowolony!
O ile zrozumiałem, co pan powiedział, mówił pan, że moje stanowisko się zmieniło, że dziś znalazłem się w defensywie, ponieważ nie mamy dowodów dla naszych twierdzeń, iż pański rząd zainstalował rakiety dalekiego zasięgu na Kubie.
Dobrze, niech mi wolno będzie coś panu powiedzieć, panie ambasadorze: my rzeczywiście mamy te dowody. Mamy je i są one jasne i bezsprzeczne. I niech mi wolno będzie powiedzieć coś jeszcze: ta broń musi być zabrana z Kuby!
Pytał mnie pan z wielkim oburzeniem – mówił dalej Stevenson – dlaczego prezydent nie powiedział panu Gromyce o naszych dowodach w zeszły czwartek, w tym samym czasie gdy pan Gromyko uprzejmie zaprzeczał prezydentowi, iż ZSRR umieszcza taką broń w bazach w Nowym Świecie.
Dobrze, powiem panu: ponieważ gromadziliśmy dowody i ponieważ chcieliśmy dać światu pouczającą lekcję, jak sowiecka osoba urzędowa daleko posunie się w perfidii.
I na koniec – kontynuował ambasador Stanów Zjednoczonych – przypominam sobie, że wcześniej nie zaprzeczył pan istnieniu tej broni. Zamiast tego usłyszeliśmy, że nagle stała się ona bronią defensywną. Ale dziś znowu, jeśli pana właściwie zrozumiałem, mówi pan, że broń ta nie istnieje lub że nie możemy dowieść jej istnienia.
W porządku, drogi panie, niech mi wolno będzie zadać jedno proste pytanie: Czy pan, ambasadorze Zorin, zaprzecza, że ZSRS umieścił i umieszcza rakiety średniego i pośredniego zasięgu oraz bazy na Kubie? Tak czy nie? Niech pan nie czeka na tłumaczenie. Tak czy nie?
– Nie jestem przed amerykańskim sądem, szanowny panie… – oznajmił Walerian Zorin.
– Jest pan teraz przed sądem opinii światowej! – wtrącił Adlai Stevenson.
-… i dlatego nie życzę sobie odpowiadać na pytanie stawiane przede mną na sposób prokuratora. W stosownym czasie, proszę pana, otrzyma pan swoją odpowiedź.
– Jestem przygotowany, żeby czekać na nią aż do końca świata, jeśli taka jest pańska decyzja – odparł Stevenson. – Jestem także przygotowany, żeby zaprezentować dowody w tej sali!
Arthur Sylvester przekazał prasie oficjalne oświadczenie Pentagonu na temat „kwarantanny”: „Obecnie wydaje się, że przynajmniej tuzin sowieckich statków zawróciło. Zgodnie z naszymi informacjami przypuszczalnym powodem jest fakt, że wiozły one sprzęt ofensywny”.
Chwilę później Dean Rusk zwołał nieoficjalny briefing w Departamencie Stanu.
– Mam nadzieję – oznajmił dziennikarzom – że nie wywołacie chwilowego uczucia euforii. Sytuacja jest wciąż skrajnie poważna. W chwili obecnej nie widzimy, dokąd to może nas zaprowadzić. Tak wiele zależy od reakcji drugiej strony. Kluczowym zagadnieniem jest obecność tych rakiet na Kubie. Celem jest usunięcie ich stamtąd, unikając – o ile to możliwe – wojny.
– Dlaczego prezydent wybrał bezpośrednią konfrontację z Rosjanami, zamiast załatwić sprawę z Castro? – zapytał jeden z reporterów .
– To jest broń sowiecka – wyjaśnił Rusk – i oni właśnie muszą ją stamtąd zabrać!
Dziennik „Washington Post” opublikował artykuł pióra Waltera Lippmanna — 73-letniego wybitnego myśliciela, a zarazem wpływowego publicysty i komentatora politycznego.
„Są trzy sposoby usunięcia rakiet znajdujących się już na Kubie — pisał Lippmann. — Jeden to inwazja i okupacja Kuby. Drugi to ustanowienie totalnej blokady skierowanej szczególnie przeciwko dostawom ropy, co zrujnuje kubańską gospodarkę w ciągu kilku miesięcy. Trzeci sposób to spróbować, powtarzam, spróbować negocjować honorowe porozumienie (…)
Jedynym miejscem rzeczywiście porównywalnym z Kubą jest Turcja. To jest jedyne miejsce, gdzie znajduje się broń strategiczna tuż przy granicy Związku Sowieckiego (…)
Jest jeszcze jedno ważne podobieństwo między Kubą a Turcją. Sowiecka baza rakietowa na Kubie, tak jak baza USA — NATO w Turcji, ma niewielką wartość wojskową. Sowiecka baza wojskowa na Kubie jest bezbronna, a baza w Turcji jest mocno przestarzała. Te dwie bazy mogłyby być zdemontowane bez naruszenia światowej równowagi sił”.
W siedzibie Misji Stanów Zjednoczonych przy ONZ zadzwonił telefon; odebrał Arthur Schlesinger. Na linii był Averell Harriman:
– Czy nie widzicie, że Chruszczow wyraźnie sygnalizuje chęć pokojowego rozwiązania? – wołał wzburzony.
Harriman przytoczył następujące dowody: zatrzymanie się radzieckich statków przed linią blokady, propozycję spotkania na szczycie, a także gościnność, jaką radziecki premier okazał dwóm Amerykanom, przebywającym akurat w stolicy ZSRR, pieśniarzowi Jerome Hinesowi i przemysłowcowi Williamowi Knoxowi, prezesowi Westinghouse International Co.
– To nie jest postępowanie człowieka, który chce wojny – mówił najbardziej doświadczony z amerykańskich dyplomatów, potomek słynnego rodu finansistów. – To zachowanie człowieka, który potrzebuje naszej pomocy, by wydostać się z potrzasku. Musimy teraz zagrać na out, żeby osłabić twardogłowych w Moskwie. Jeśli tego nie zrobimy, to doprowadzimy cały ten interes do wojny!
Tysiące osób zgromadziły się na Dealey Plaza, w tym samym miejscu, gdzie pięćdziesiąt lat wcześniej został zamordowany prezydent John F. Kennedy. „Nowa era zaświtała i kolejna przygasła pół wieku temu, gdy nadzieja i nienawiść zderzyły się tu, w Dallas” – powiedział burmistrz Mike Rawlings w swoim wystąpieniu upamiętniającym śmierć Kennedy’ego. Punktualnie o 12.30 poprosił o […]
Na jesieni 2013 roku, Biblioteka JFK – instytucja pełniąca jednocześnie rolę muzeum oraz placówki gromadzącej i udostępniającej oficjalne dokumenty, zapiski i inne materiały historyczne związane z Johnem F. Kennedym – postanowiła odwrócić uwagę opinii publicznej od niekończących się dyskusji na temat zamachu w Dallas i skupić ją na tym, co prezydent pozostawił po sobie. „Na jego […]
„Jeśli ktoś «wzywał» do konfrontacji z ZSRR, to był to JFK.” W taki sposób Tim Stanley – brytyjski publicysta i doktor historii współpracujący z Uniwersytetem Oxfordzkim – odpowiada badaczom amerykańskim. „Kennedy był znaczący prezydentem, ale daleko mu było do wielkości” – wywodzi Stanley i przytacza następujące argumenty: Nie można na prezydenturę Kennedy’ego patrzeć tylko przez […]
„Jeśli JFK przeżyłby Dallas i służył jako prezydent Stanów Zjednoczonych aż do stycznia 1969 roku, świat prawdopodobnie stałby się bezpieczniejszym, bardziej spokojnym miejscem.” Dwoje amerykańskich historyków, James Blight i janet (pisownia prawidłowa) Lang – w życiu prywatnym małżeństwo – od lat prowadzących badania nad polityką zagraniczną administracji prezydenta Kennedy’ego – opublikowało artykuł dowodzący, że „jego śmierć […]